Budowa domów |Last Minute |Bwin
„Pluto zadrżał na samą tę myśl i uchwycił się mocno krzesła. Bał się istotnie i gdyby go poproszono, by przyniósł coś ze sklepu, za nic nie wyszedłby z domu. U siebie, w Marion, nie obawiał się niczego; ciemności nocne nigdy dotychczas nie budziły w nim lęku. Natomiast tu, w Dolinie, trząsł się ze strachu; nie wiedział, czy lada chwila ktoś nie wtargnie przez otwarte drzwi i nie zatłucze go na miejscu.
— Will powinien już niedługo się zjawić — powiedziała Rozamunda. — Zawsze wieczorem wraca dc domu na kolację.
— Ja bym wolała już jechać — oświadczyła Gryzelda. — Buck będzie wściekły.
— Oboje macie śmiertelnego pietra — roześmiała się Jill. — Przecież tu nie ma czego się bać, prawda, Rozamundo
— Jasne, że nie — odpowiedziała również ze śmiechem Rozamunda.
Poprzez otwarte okna wpływała do wnętrza łagodna, letnia noc. Była pogodna i ciepła, ale w wieczornym powietrzu unosiło się coś, co podniecało Gryzeldę. Dobiegały do^niej odgłosy, słowa, szmery, nie przypominające niczego, co słyszała dotychczas. Śmiech kobiecy, niespokojne wołanie dziecka, cichy plusk wody gdzieś w dole — wszystko to wnikało do pokoju; czuła dokoła obecność żywych ludzi, takich samych jak ona — i tego właśnie nie doznała nigdy przedtem. Nowa świadomość, iż oni wszyscy i wszystkie te odgłosy są równie rzeczywiste jak ona, sprawiała, że serce biło jej szybciej. W Auguście tego nie było w dużym mieście słyszało się inne odgłosy, pochodzące od odmiennego gatunku ludzi. Tu, w Scottsville, ludzie byli równie prawdziwi jak ona sama w tej chwili.“(16)
Okna |Sklep motocyklowy |centra obróbcze
„Pluto zadrżał na samą tę myśl i uchwycił się mocno krzesła. Bał się istotnie i gdyby go poproszono, by przyniósł coś ze sklepu, za nic nie wyszedłby z domu. U siebie, w Marion, nie obawiał się niczego; ciemności nocne nigdy dotychczas nie budziły w nim lęku. Natomiast tu, w Dolinie, trząsł się ze strachu; nie wiedział, czy lada chwila ktoś nie wtargnie przez otwarte drzwi i nie zatłucze go na miejscu.
— Will powinien już niedługo się zjawić — powiedziała Rozamunda. — Zawsze wieczorem wraca dc domu na kolację.
— Ja bym wolała już jechać — oświadczyła Gryzelda. — Buck będzie wściekły.
— Oboje macie śmiertelnego pietra — roześmiała się Jill. — Przecież tu nie ma czego się bać, prawda, Rozamundo
— Jasne, że nie — odpowiedziała również ze śmiechem Rozamunda.
Poprzez otwarte okna wpływała do wnętrza łagodna, letnia noc. Była pogodna i ciepła, ale w wieczornym powietrzu unosiło się coś, co podniecało Gryzeldę. Dobiegały do^niej odgłosy, słowa, szmery, nie przypominające niczego, co słyszała dotychczas. Śmiech kobiecy, niespokojne wołanie dziecka, cichy plusk wody gdzieś w dole — wszystko to wnikało do pokoju; czuła dokoła obecność żywych ludzi, takich samych jak ona — i tego właśnie nie doznała nigdy przedtem. Nowa świadomość, iż oni wszyscy i wszystkie te odgłosy są równie rzeczywiste jak ona, sprawiała, że serce biło jej szybciej. W Auguście tego nie było w dużym mieście słyszało się inne odgłosy, pochodzące od odmiennego gatunku ludzi. Tu, w Scottsville, ludzie byli równie prawdziwi jak ona sama w tej chwili.“(16)
<<<< Tuż obok Tiffanyego
|
Okna |Sklep motocyklowy |centra obróbcze